RSS
poniedziałek, 25 października 2010
Epitafium albo inwokacja. A tak naprawdę to pół na pół.

Wraz z końcem czerwca przestałam byc wolontariuszką EVS. Wcześniej było wiele ciężkich pożegnań, a jeszcze wcześniej- miły czas zbierania owoców pobytu- konkurs filmów animowanych przygotowanych przez "moje" dzieci, i premiera spektaklu teatralnego, który przygotowaliśmy. A potem? Potem, dokładnie 7.07 wsiadłam do samolotu do Warszawy zamykając EVSowy rozdział swojej biografii. Oznacza to, że wyczerpała się emigrancka koncepcja tego bloga - w końcu na dobre(czytaj: przynajmniej do końca tego roku akademickiego) osiadłam na ojczystej ziemi, więc emigrant ze mnie żaden. Bloga należałoby więc zamknąc, skasowac, albo przynajmniej raz a dobrze porzucic.

I z tym zamiarem przeglądałam jego skromną treśc, powstałą w rzadkich chwilach, kiedy wygrywałam ze swoim lenistwem. I pomyślałam: ilu rzeczy tu nie ma! Ile chciałabym jeszcze opisac! Ile obrazów, wspomnień z podróży, rozmów, książek wiruje w mojej głowie wokół pojęcia "Bałkany", domagając się przemyślenia i uporządkowania. I postanowiłam stworzyc mój mały bałkannik. Elektroniczną szufladkę na drobiazgi z południa Europy, które a nuż się komuś przydadzą. Na relacje z podróży, muzyczne,filmowe i literackie skrawki, zasłyszane i przeczytane wiadomości, zadziwienia i refleksje. A że recykling jest mi ideą bliską niezmiernie, postanowiłam wykorzystac moje stare internetowe miejsce.

Bałkannik będzie prawdopodobnie zbudowany skrajnie nieproporcjonalnie. Bo ja Bałkany oglądam przez szkło powiększające ułożone centralnie nad Skopje i pompujące kraj nad Wardarem do rozmiarów małego wszechświata, pełnego smaków, głosów i obrazów, doświadczeń, które zebrałam przez 9 miesięcy mieszkania w tym kraju. Szkło nienajgorzej pokazuje też Serbię i Czarnogórę, ale w ich granicach na mojej mapie, obok ludzi i pejzaży leżą książki, książeczki i kilka wielkich tomisk. Je z racji studiów poznaję je nie tylko poprzez podróże, ale- głównie- poprzez literaturę. Szkiełko dośc wyraźnie, lecz już mniej szczegółowo pokazuje też Albanię, Kosowo i Bośnię. Przy Chorwacji i Bułgarii robi się mgliste, choc tu i ówdzie przebija się przez nie kilka intensywnych, znajomych plam. Szkiełko to rozciągam wciąż i oczyszczam, a blog niniejszy będzie- mam nadzieję- tego świadectwem.

-----------------------------------------EDIT------------------------------------------------------------

Projekt tymczasowo jednak zarzuciłam. Dał się we znaki wir edukacyjno-pracowy, który wywołuje we mnie wyrzuty sumienia, gdy zanurzam się zbyt głęboko w bałkańskie medytacje. Ale wróci, wróci! Najpóźniej w październiku. Bo wtedy i ja wrócę na Bałkany. Dokładniej- do Chorwacji. :)

23:05, hladna_nes
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 kwietnia 2010
Sonecik piętnasty, sześcioletni

Antonela: Psze paniii, a kiedy my będziemy oglądac ten film co pani mówiła?

H: We wtorek.

A: To kiedy? Ciemno, idziemy spac, wstajemy, i przychodzimy?

H: Yyyyy... Niee... Za trzy dni. (pokazując na palcach)

A: Trzy razy się zrobi ciemno? (pokazując na palcach "2")

H: Tak (uparcie pokazując trójkę)

Antonela robi chwilę przerwy, żeby wyobrazic sobie ten odległy moment w czasie i ogromną liczbę trzy, aż wreszcie znaduje na nią sposób.

A: Trzy? Tak jak te trzy krzesła?

 

Tagi: Szutka
21:42, hladna_nes
Link Komentarze (1) »
środa, 21 kwietnia 2010
Sonet czternasty- Smoleńsk okiem macedońskim
Zaczynają zawsze od kondolencji. Rozmawiamy chwilę o tym, że tak, ogromna strata, tylu ważnych ludzi. Szok, takie rzeczy się nie zdarzają. No, chyba, że ktoś im pomoże, nie? - mrugają porozumiewawczo. To jak myślisz, kto to był? Rosjanie? Mafia? Opozycja? Masoneria?
środa, 14 kwietnia 2010
Sonet trzynasty, bezczasowy
Paradoksalnie, dzięki mieszkaniu w Macedonii po raz pierwszy poczułam sie Europejką Zachodnią. Nagle okazało się, że bez słów rozumiem się z Francuzami, Belgami, Estończykami, Hiszpanami, Szwedami i kogo tam jeszcze przywiało na te bałkańskie stepy. Bo kochamy Macedonię tą samą trudną miłością, te same rzeczy są dla nas irytujące czy absurdalne, możemy godzinami bez znudzenia opowiadac sobie anegdoty o tym, jak to co tutaj (nie) działa. Wiele naszych zdziwień i frustracji da się sprowadzic do jednej prostej przyczyny: Europa Zachodnia funkcjonuje w czasie, a tu, "na dole", czas nie istnieje.
Sonet dwunasty, o tym, że prawdziwych Cyganów to jednak jeszcze paru jest.

A nawet parę dni temu mieli oni swoje święto. Tak, 8.04 jest Międzynarodowy Dzień Romów, jeśli wierzyc wikipedii, ustanowiony 20 lat temu podczas kongresu Romów w Serocku (sic! Polsza!). Ja dowiedziałam się o tym przypadkiem, będąc w drodze na imprezę właśnie z tej okazji organizowaną przez veleszką romską organizację.

- Umiesz tańczyc?- zapytała mnie Semra, koleżanka z jednej z romskich dzielnic Veles o jakże wdzięcznej i stosownej nazwie Vesela Dolina, gdy wsiadałyśmy do taksówki. Najwyraźniej za długo wahałam się, jak zrozumiale po macedońsku wyrazic to, że 'w tym waszym zakreconym rytmie to za nic nie umiem, ale i tak sprawia mi to ogromną przyjemnośc', bo nie czekając na odpowiedź Semi zapewniła mnie, że będą mnie uczyc. Oni, czyli Semra, jej przyjaciółka Feti oraz nieskończonośc kuzynek i kuzynów. I tak, z tą silną obstawą wkroczyłam do sali "Motelu" nad veleszkim jeziorem ("Motel", swoją drogą, to jeden z lokalnych onomastycznych absurdów. Jest tylko i wyłącznie restauracją, i chocby ktoś bardzo długo szukał, nie znajdzie w nim pokoju do wynajęcia).

 

Choc Motel jest daleko od centrum Veles i trzeba się do niego wybrac taksówką (150 den), a i wstęp był dośc drogi (200 denarów, poczas gdy koncerty pseudogwiazdeczek w klubie Nocturno w cetrum Veles kosztują o połowę mniej), na sali były tłumy. Przyjechali nie tylko Romowie z Veles, ale i z Szutki, z Bitoli, z Kumanowa... Okazji do tańca i zabawy nie można przecież przepuścic. No i gra Erdżan! O którym, tak jak o wszystkich gwiazdach romskiej sceny muzycznej, nie licząc Esmy Redzepowej, przeciętny macedończyk w życiu nie słyszał, ale za to którego zna absolutnie każde romskie dziecko. Już po dwóch-trzech utworach większośc przybyłych nie mogła usiedziec na miejscu, i zaczęto tanczyc choro. Z tej częsci wieczoru pamiętam głównie buty Feti, tańczacej po mojej prawej stronie, w które wgapiałam się walcząc, by nie zgubic kroku. A gdy w końcu doszłam do etapu, gdy moje stopy zaczęły radzic sobie bez ciągłej kontroli, jak na złośc wielki choro-wąż się rozpadł. Tanczono oczywiscie dalej- z resztą kto mógłby przestac przy tym hipnotyzujacym klarnecie i szalonej perkusji?

 

 

 

To było 7.04. A następnego dnia miałam zajęcia na Szutce, więc po pracy załapałam się też na skopskie obchody romskiego święta- koncert na głównym placu Szutki.

Była ludowa romska muzyka, bebny, trąby, klarnety, skrzypce, były dziewczyny tańczące cocek, była 11letnia gwiazdka Djefrina śpiewająca piosenki z superpoplularnego w Macedonii, a szczególnie na Szutce, indyjskiego serialu Bandini, był żartobliwy prezenter, który ogłosił konkurs na sobowtóra Bandini, był zespół śpiewający o jeszcze popularniejszym serialu, tureckiej telenoweli Sheherezad... Szał!

Było też coś dla miłośników hazardu:)

 

No i wreszcie, była i entuzjastycznie nastawiona publicznośc. Nie tylko wobec muzyki, ale też wobec mojego aparatu- "Ej, no zrób nam zdjęcie! No czekaj,do Ciebie mówię, zrób, proszę!":

 

Nie mogę się już doczekac kolejnej romskiej zabawy- myślę, że nie przyjdzie mi czekac długo,bo nawet zimą idąc do pracy wpadałam przypadkiem na uliczne wesela. A przecież idzie lato- tylko patrzec, aż zjadą się na wakacje ci, co na codzień mieszkają "na górze", znaczy w bogatszej, lecz zimniejszej smutniejszej części Europy. Podjadą swoimi czasem mniej, czasem bardziej legalnie wypracowanymi mercedesami, zabrzęczą złotymi łańcuchami i sygnetami i zaczną czy sobie, czy komuś zrodziny organizowac jeden po drugim wesela i sunety, z muzyką, haftowanymi złotem strojami, wynajętymi tancerkami... Takimi jak ta pani tutaj:

 

Tagi: Szutka
00:58, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 kwietnia 2010
Sonet jedenasty, animowany

Dawno, dawno temu, w październiku 2009, przybyłam do Macedonii przekonana, że będzie pracowac w redakcji portalu dla mlodzieży.  Usłyszałam, że portal co prawda chwilowo nie działa, ale będzie- od jutra. Za tydzień. No, maksymalnie dwa. Ale w grudniu to już na pewno. Jak tylko administrator, biedaczek wyjdzie ze szpitala, po tej operacji na ślepą kiszkę. Teraz to już naprawdę za tydzień! 25.02, na życie mamusi! Przed Wielkanocą. Zaraz po Wielkanocy. Itd. Czas płynął, portal nie działał, niżej czym najpierw się trochę przejmowałam, a potem zaczęłam sobie szukac innego zajęcia, bo pisanie artykułów, które według wszelkich znaków na niebie i ziemi nigdy nie zostaną przez nikogo przeczytane nie nalezy do najbardziej satysfakcjonujących zajęc świata. No i znalazłam: dzieci z Szutki, o których była z resztą mowa, hen w listopadzie, zanim blog zapadł w sen zimowy.

Jakoś jeszcze jesienią przyjechał z Norwegii szef międzynarodowej organizacji, do której należy i moja organizacja z Veles (ta od nieistniejącej strony), i centrum edukacyjne FILEO (to od dzieci). I jakos przy okazji pyta, czy skoro już prowadzę ten warsztat teatralny, to nie chciałabym na trochę zamieszkac na Szutce. Ja mówię, że oczywiscie i od razu, tylko jak? Ano, da sie załatwic u zaprzyjaznionej rodziny. Powiedział, po czym odleciał do Norwegii. A ja zaczęłam się zastanawiac: na Szutce chcę pomieszkac najbardziej na świecie, już od czasu, kiedy w piątej klasie na muzyce śpiewaliśmy "Jadą wozy kolorowe taborami, hej, Cyganie tak bym chciała jechac z Wami!". Ale jak to tak, że przyjdę pewnego dnia do jakiejś rodziny, i powiem: to ja teraz przez 4 dni będę z wami mieszkac, bo chcę sobie podpatrzec, jak żyjecie? W życiu! Więc zaczęłam kombinowac, co by tu zrobic, żeby wyszło to naturalnie i sensownie. I wymyśliłam, żeby w trakcie ferii zimowych robic codziennie jakieś warsztaty, tak, żeby wyszły z tego jakby półkolonie, wtedy musiałabym byc cały czas na miejscu, więc zamieszkanie na Szutce miałoby sens, a i miałabym szanse zrobic coś konkretnego z dzieciakami. Akurat wtedy poznałam ludzi z VCS, którzy zaczynali projekt z Animation Box, więc od słowa do słowa- ukradłam im sprzęt na dwa tygodnie stycznia, zawiadomiłam dzieci i... ruszyło!I to tak, że do dziś się nie chce zatrzymac, ba! Ku mej radości rośnie i rozpycha się, zajmując mi już ok 4 dni w tygodniu, choc ferie już dawno za nami, dzieci chodzą do szkoły, a ja znów mieszkam w Veles.

Animation box to pomysł pana ze Szwecji, o tego: www.erlingericsson.se, na to jak łatwo robic z dziecmi animacje poklatkowe. Nasze pudło wygląda tak:

 

Opis w języku wroga, bo to do artykułu na nieistniejący portal. Na dole układa się postaci i tło, a potem robi się zdjęcie zamontowaną na górze kamerą. Potem przesuwa się postaci troszeczkę- i znów zdjęcie. I tak aż do końca sceny. Do tego nagrywa się dźwięk, no i na końcu montuje- to ostatnie to już moja działka. Montuje się po partacku, bo się nie umie, ale dzieci i tak mają radochę, że się rusza i wygląda jak prawdziwy film.

Mam 3 grupy małych filmowców, dwie już skończyły swoje pierwsze filmy, trzecia kończy dźwięk. A jak na razie oto dwa gotowe dzieła.

FILM 1 grupy WWF (nazwa to podobno od jakiegoś turnieju mordobicia, nie wiem, ale wchodzący w skład grupy chłopcy zdają się wiedziec) "Zakochany anioł"

Jest po macedońsku, więc w skrócie przybliżę fabułę: Dziewcze zostaje napadnięte podczas spaceru przez złego człowieka z nożem, ale nagle zjawia się dwóch aniołów: dobry anioł Marko i zły Anioł-Nosorożec. Nosorożec nie chce pomóc dziewczynie, ale jego brat Marko ratuje ją i w ten sposób zdobywa jej serce. Zły anioł jest zazdrosny, postanawia więc ich skłócic- mówi dziewczynie, że Marko ukrył przed nią swoją anielską tożsamośc i tylko udaje zwykłego chlopca. Angela, bo tak ma na imię dziewcze, obrażona zamyka drzwi, i na pukanie kochanka odpowiada, niczym bohaterka południowoamerykanskiej telenoweli, "Odejdź z mojego życia!". Ale serce jej mięknie, gdy słyszy "Jestem dobrym aniołem, nie ranię ludzi, proszę wybacz, pierwszy raz jestem zakochany". Ciąg dalszy nastąpi, jest właśnie robiony, i ma więcej zwrotów akcji niż cała "Luz Maria", w każdym razie rzecz będzie o ślubie.

 

FILM 2 grupy SZALONE DZIEWCZYNY o wiele mówiącym tytule "Przyjaciółki grają w kosza".

Przyjaciółki grają więc w kosza, ale jednej nie idzie i się obraża, ale pozostałe tłumaczą jej,że na początku zawsze jest ciężko i obiecują nauczyc ją dobrze rzucac. Wreszcie dziewczynce udaje się trafic do kosza, i przekonuje się do gry. Dziękuje swoim kolezankom i mówi, że są najlepszymi przyjaciółkami na świecie.

A na koniec: oto moje dzieciaki, z którymi będę tęsknic bardziej niż za czymkolwiek innym z Macedonii. Panie na lewo:

Panowie na prawo:

Tagi: Szutka
00:59, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Sonet dziesiąty- sałatka jajeczna.

Pilnie poszukuję przepisów na dania z jajek na twardo. Najlepiej takich, żeby nie było w nich czuc jajka. Na półce w lodówce leży z pięc pisanek, w torebce mam kolejne cztery, tych, które od niedzieli jedno po drugim wylądowały w moim żołądku nie będę nawet liczyc, a niektórzy odgrażają się, że moją z tak wielkim trudem zmniejszoną do 9 sztuk jajeczną kolekcję mają zamiar powiększyc. Bo Macedonia to nie Polska, że w sobotę rano przed telewizorem pomalujesz plakatówką pięc jaj na krzyż na święconkę, i gotowe! Nie,tu z wielkanocnym jajem nie ma żartów.

Macedońska pani domu w Wielki Czwartek wstaje przed piatą, aby  pofarbowac jajka zanim wzejdzie słońce. Tak ze 2-3 palety. A spotkałam i taką, która farbowała co roku po 120, żeby co najmniej 100 było "zdrowych", z nienaruszoną skorupką. Przynajmniej częsc farbuje się tradycyjnie na czerwono, z pozostałymi można sobie pozwolic na odrobinę szaleństwa. I co, to wszystko trzeba potem zjeśc?- pytałam przerażona. Nie no, jakie zjeśc, śmieją się rzeczone panie domu, przecież się da potem po jednym kuzynowi, sąsiadce, babci, chrześniakowi, pani z warzywniaka, przyjaciółce córki, stryjkowi z Kumanowa.... i poszły, całe dwie palety! No, co racja, to racja. Ale, chwilkę, przecież i sąsiadka, i babcia, i pani z warzywniaka, i nawet stryjna z Kumanowa, one też wstały przed świtem i też piętrzy się im na kuchennym stole kolorowa góra pisanek czekających na nowych właścicieli. Więc każde jajo dane oznacza, że jakieś jajo się dostanie, przez całe święta i kilka kolejnych dni te 2 palety razy ilośc prawoslawnych rodzin w Macedonii, ta nieskończonośc jajek będzie krążyc z rąk do rąk, pozawijana w białe serwetki, poupychana po kieszeniach, torebkach i plecakach. Jajka z najlepszymi życzeniami, jajka od serca, jajka pro forma, jajka "specjalnie dla Ciebie je zachowałam" i jajka "jak już przyszedłeś, to weź sobie" . Aż pod koniec tygodnia okaże się, że na stole kuchennym znów leżą dwie palety.

 

No, nie całe dwie palety. Przynajmniej kilku sztuk brakowac musi, chocby mieszkancy domu mieli silną alergię na nabiał i dostawali drgawek na sam widok żółtka. Bo jajkami należy się stuknąc. Najlepiej o północy z soboty na niedzielę pod cerkwią, po tym jak popowie obejdą ze świecami i ikoną 3 kręgi wokół cerkwi, i odśpiewają, co mają do odśpiewania w niezrozumiałym już dla nikogo języku starocerkiewnosłowiańskim. Stukanie to też poważna sprawa. Stukający Się numer jeden stuka jajko Stukającego Się numer 2 ostrym końcem ( 'główką') w ostry koniec. Następnie Stukający Się numer 2 uderza, za przeproszeniem, 'pupą' (tępym końcem) swojego jaja w jajo numer 1. Ten, czyje jajko przy tym nie pęknie, wygrywa. Swoim superjajem może stukac się teraz z kolejnym członkiem rodziny. Temu, kto w danym towarzystwie ma 'najzdrowsze' jajo, będzie dopisywało szczęście i zdrowie przez cały kolejny rok. Jaja oczywiście należy skonsumowac na miejscu, co w przypadku Veles oznacza: siedząc na grobie jakiejś swojej babci czy wujka, bo cerkiew otoczona jest cmentarzem. Skorupek lepiej nie wyrzucac, przynajmniej, jeśli jest się w kimś zakochanym, bo jeśli uda nam się nimi dotknąc wybranki czy wybranka tak, aby nie zauważył(a), jej/jego serce mamy już w kieszeni.

 

Skorupkowego czaru nie rzuciłam, ale za to wygrałam konkurs jajotwardości, więc przygotowuję się już psychicznie na 12 absolutnie beztroskich miesięcy. W takie wróżby to mogę wierzyc ;-).

10:16, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 stycznia 2010
Sonet dziewiaty- postanowienia noworoczne

Tak się już przyjęło uważać, że Nowy Rok to moment na zmiany i stawianie sobie trudnych zadań. No to postanowiłam: nie będę się spóźniać. Co prawda do czego jak do czego, ale do uczenia się punktualności Macedonia najlepszym krajem nie jest, bo mało kto jej oczekuje - zwykle kiedy zestresowana i pełna wyrzutów sumeinia 20 minut po umówionym czasie dobiegam na miejsce spotkania, okazuje się że drugiej osoby albo jeszcze nie ma, albo że właśnie spokojnym krokiem zmierza w moją stronę. Kiedy biegnę, żeby złapać autobus, ludzie patrzą z niedowierzaniem. Przecież kiedyś przyjedzie następny! Ale mimo to zdecydowałam sie spróbować.

 

Dziś o 11:45 miałam być w radio w Skopje. Zaspałam, więc postanowienie zostało wystawione na ciężką próbę już od pierwszego dnia. Udało mi się wyjść dopiero o 10:15, czyli dużo za późno jeśli chcę dojść na dworzec na piechotę. Ale że początek miesiąca,kieszeń pełna a i wola silna - biorę taksówkę. Wysiadam na dworcu, poczekalnia pełna- znaczy autobusu dawno nie było, dobry znak. Pani w okienku mówi, że będzie za 5 minut. Liczę: 5 minut czekania, 50 minut w autobusie, 10 na dojście ze stacji- idealnie. Ale mija kwadrans, a pani w okienku kolejnym pytającym o połączenie do Skopje nadal odpowiada to samo: za 5 minut. Zaczynam się denerwować, ale przypomina mi się, że przecież autobus przejeżdza przez skrzyżowanie tuż obok budynku radia, i na tym skrzyżowaniu często zostawia pasażerów. Bingo! czyli będzie 40 minut w autobusie + 3 na dojście. Autobus właśnie podjeżdża, więc zadowolona ze swojego sprytnego planu wsiadam i pro forma pytam kierowcę, czy mogę wysiąść wcześniej. Nie, tylko na stacji! Inaczej jest niebezpiecznie! Jak to tylko na stacji? Że wysiadanie w czasie gdy się stoi na czerwonym jest niebezpiecznie to wiem, ale skąd u kierowcy nagły przypływ rozsądku? Ano, tylko na stacji, teraz jest kara 300 euro. Wie pani, nowe prawo, tak jak to z palaczami...

 

Bo Macedonia też ma postanowienie noworoczne: że od 1.01.2010 będzie bardziej europejska od całej Europy razem wziętej. W ramach dostosowania prawa do standardów rząd zaczyna egzekwować stare tradycyjnie nieprzestrzegane przepisy (jak ten o wysadzaniu pasażerów tylko na stacjach) i wprowadzać nowe, bardzo ostre zasady. Już w zeszłym roku wprowadzono ograniczenia sprzedaży akloholu: można go kupić tylko do 19,potem zostają tylko domowe zapasy wina i rakiji. Obywatele jakoś to przełknęli, więc w tym roku władza wypowiedziała wojnę drugiemu nałogowi: papierosom. Według badania (nie wiem czyjego, ale cytuje je co drugi macedończyk, gdy słyszy skąd jestem), Polska i Macedonia mają najwyższy w Europie odsetek palaczy, więc jest z czym walczyć. Władza wytoczyła zatem ciężkie działo: zakaz palenia w miejscach publicznych. Wszelkich. Ulica, kawiarnia,klub restauracja, przystanek autobusowy... Wszędzie nie wolno, chyba że stoi się na wolnym powietrzu zaraz przy śmietniku. Wieść gminna niesie, że karę 100 euro (tyle wynosi miesięczna pensja pracownika fizycznego) można dostać też za palenie na własnym balkonie, jeśli sąsiad doniesie, że mu to przeszkadza. Zakaz palenia był najgorętszym tematem przez ostatnie miesiące, jedni postanowili rzucić papierosy, drudzy - wychodzenie na miasto. Jeden z pubów w Veles (o jakże orginalnej nazwie Pub) w ostatnim tygodniu grudnia zachęcał klientów do odwiedzin plakatem: "Jeszcze tylko x(5, 4, 3) dni palenia!". Przed Sylwestrem krążył żart:" Jak będziemy odliczać o północy 31.12? 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4,3,2, ej Ty, gaś papierosa!, 1, Szczęśliwego Nowego Roku!!!". No i przyszedł sądny dzień, ze stołów zniknęły popielniczki. Ludzi w kawiarniach jakby mniej, ale może jeszcze dojadają noworoczny obiad, za wcześnie, żeby mówić że zakaz odstraszył klientów. Za to obie veleszanskie dyskoteki w sobotę były zapchane co do centymetra kwadratowego, mimo że palaczom pozostawiono wybór między staniem przed wejściem na deszczu i nikotynową abstynencją. Póki co rewolucyjny masowy odwyk działa: zarówno właśnciciele barów jak i klienci boją się wysokich kar, ale jak długo tak zostanie- nie wiadomo. Ja nie narzekam - po raz pierwszy wróciłam z imprezy nie cuchnąc jak popielniczka. Chociaż czuję, że przy tej próbie ekspresowego przebudowania społeczeństwa coś z beztroskiej i swobodnej macedońskiej atmosfery może się zgubić, a szkoda by było.

15:21, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2009
Sonet osmymy- oh, Tannenbaum! wie treu sind deine Blatter

W Polszy swiąteczna atmosfera już się kończy, za to tutaj- właśnie się rozkręca. Z resztą jaka tam świąteczna: póki co noworoczna. Ponieważ prawosławne Boże Narodzenie wypada dopiero 7 stycznia, Sylwester wysuwa się na pierwszy plan. Zniżki w sklepach, prezenty, życzenia, dekoracje- wszystko jest "noworoczne", a nie świąteczne czy bożonarodzeniowe. A choinki, światełka i mikołaje zamiast, jak u nas na katolickiej północy, zaczynac powolną inwazję od chwili gdy dopalą się zaduszkowe znicze, pojawiły się nagle dokładnie 15 grudnia. I wtedy do mnie doszło, że 24 tuż tuż, i odezwał się pierwotny instynkt: czas kupic choinkę! Już mi zapachniało świeżym igliwiem, zaczęłam planowac, w którym kącie ją postawię, i czy rozważac lepiej małe drzewko, czy- bez ekstrawagancji- tylko  symboliczną gałązkę. Idę na bazar, a tu ani pieńka. Za to po drodze minęłam veleszańskie świąteczne dekoracje: lampki zawieszone na słupie tak, że tworzą stożek w kształcie drzewska. Coś mi zaczęło nie grac, ale pytam znajomych: gdzie się kupuje choinki? A, są w kwiaciarniach, i w centrum handlowym, ale najtaniej to w chińskich marketach. Jak to w chińskich marketach? Chiński market to to co u nas zwykle nazywa się "Wszystko za 4 złote albo więcej a może i mniej, zależy jak pan trafisz". Znaczy szmelc z chin wszelaki stłoczony na małej powierzchni. No i gdzie tam zmieścic drzewo, jeszcze by się nim stłukło te gipsowe figurki i gargamelowate kubeczki. Z resztą czego jak czego, ale jodły z Chin się nie nie przywozi. Jodła? Czy ja wiem ile jodła by kosztowała? Cale moje kieszonkowe co najmniej, jak nie jeszcze troche. Nikt nie kupuje żywych drzewek na święta, no chyba że bogacze których stac na te z importu, bo w Macedonii szkolek na choinki nie ma. Moge za to wybierac miedzy plastikowymi drzewkaimi we wszelkich mozliwych wzorach i kolorach, jest nawet wersja zielono-biala, ze niby przypruszona sniegiem, a Stevche do biura kupil zlota. No tak, i coz z tego, skoro mi sie zapach lasu i igly na podlodze marzyly?

Z nie do konca zrozumialej dla mnie przyczyny na kazdym rogu za to mozna kupic balony. Na druciku, na sznureczku,na niteczce, nadmuchane, nienadmuchane, serduszka, zwierzaczki, a najczesciej cos podluzno-kanciastego co chyba ma przypominac glowe krolika. Interes najwyrazniej jest dochodowy, bo przerzucili sie na niego wszyscy dotychczasowi uliczni sprzedawcy parasoli, a i dolaczylo sporo nowych. Z bukietami nadmuchanych balonow- krolikow przywiazanymi do siebie i sciskanymi w rekach balonikami-serbuszkami kolysza sie na wietrze jak teczowe banki, jeden obok drugiego. Szczegolne wrazenie robia na placu Makedonia, gdzie wokol choinki i stoisk z grzanym winem tancza swoj dziwny taniec, zamieniajac plac w basen z kolorowymi pileczkami. Gdzie podziewaja sie te wszystkie sprzedane balony, nie wiem. Czy daje sie je w prezencie, jak kwiaty? Czy moze przystraja sie nimi salon przed noworocznym obiadem? W ramach odliczania dni do swiat kupuje sie codziennie krolikostwora w innym kolorze, upycha w jednym pokuju, a 1 stycznie o polnocy uroczyscie przebija wszystkie pinezka? Ostatnia wersja nawet mnie kusi, ale jeszcze by mnie greenpeace dopadl za zle traktowanie zwierzat.

14:48, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2009
Sonet siodmy- Pociągi (i autobusy) pod niespecjalnym nadzorem

Czasami bywa, że i z Veles trzeba wyjechać. Do stolicy najczęściej, choć zdarza się i dalej, a nawet zupełnie daleko. Ale ważne nie tylko dokąd się jedzie, ważne też JAK.

 

W jakiekolwiek miejsce w Macedonii bezsamochodowcowi najłatwiej dojechać autobusem. Nawet jeśli nie ma tam przystanku, o ile tylko trasa przebiega przez cel naszej podróży, wystarczy kierowcę poprosić, żeby zatrzymał się 'o tu pod tym drzewem', i przystanek robi sie sam. Tam sama zasada działa w miejskich autobusach w Skopje. Tylko trzeba odpowiednio głośno załopotać w ten kawałek osłony nad drzwiami i krzyknąć 'Panie! Tutaj! Tylne otwórzcie!'. Dźwięk walenia laską czy pięścią o metal niesie się po całym autobusie, ale jeśli kierowcy mimo wszystko uda się go nie zauważyć i nie otworzy drzwi,z pomocą przyjdą współpasażerowie : 'Eeej! Kierowco! Tam ktoś krzyczy, że tylne!".

 

Firma autobusowa istnieje chyba w każdej większej wiosce, co sprawia, że rozkład jazdy to niezła sieczka, a kupno biletu w obie strony to poważna operacja logistyczna. Najdotkliwiej skutki rozdrobnienia komunikacji autobusowej odczuwa pani z okienka na dworcu w Veles. Veles jest ostatnim miastem na drodze do Skopje z południa i ze wschodu, co oznacza że przejeżdżają przez nie wszystkie autobusy jadące z połowy kraju do stolicy. Poza tym, jako że wielu veleszan pracuje albo studiuje w Skopje, kursuje sporo autobusów obsługujących tylko 50 kilometrową trasę między tymi dwoma miastami. Jak to wszystko zsumować, okaże że między 7 a 19 co 15 minut jest jakieś połączenie Veles- Skopje. Jakieś, ale kto wie jakie? Niby ma być Ekspres Strumica, ale co jeśli się spóźni i pierwszy przyjedzie Bitola Trans albo ten prywatny mały biały busik? Pani w okienku w napięciu czeka więc, aż pojazd wjedzie na stację. W równych rządkach układa przed sobą bloczki biletów różnych firm. Te małe kolorowe to Galeb Ohrid, a te duże Autotrans Stip. Pod jej maleńkim okienkiem zbierają się powoli ludzie. Pani sprawdza długopis- działa. Rozgrzewa palce. Przegląda kasę: czy na pewno jest dużo drobnych? Jest, na szczęście. Uspokojona zamyka kasę, gdy ktoś nietutejszy podchodzi do okienka i prosi o bilet do Skopje. Co za absurdalna prośba! Niech poczeka chwilkę, co z tego, że każda firma kosztuje tyle samo: 100MKD. Nie po to do ceny doliczane jest 10MKD za "usługę stacyjną", żeby bilety były wystawiane tak o, bezmyślnie i nieprofesjonalnie, na byle jakim druczku, żeby potem pasażer przychodził zwracać, wymieniać, Bóg wie co. Ale w końcu jest! Radovis Ekspres! Tłumek pod okienkiem błyskawicznie zmienia się w kolejkę, pani energicznie otwiera okienko, chwyta stosowny bloczek i zaczyna wypisywać bilety, przyjmować pieniądze, wydawać resztę. Kierowca zawsze się niecierpliwi i marudzi, ale czeka na wszystkich, business is business. W kilka minut później pasażerowie, zaopatrzeni w kolorowe karteczki poświadczające, że zapłacili stosowną sumę z podróż z Ve do S (na pełne nazwy szkoda czasu), są już w drodze, a pani kasjerka koi zszarpane nerwy kolejnym kubkiem herbaty. Chociaż na kwadrans ma spokój.

 

Lubię atmosferę macedońskich autobusów, szczególnie dalekobieżnych. Niewielu pasażerów w drodze czyta, słucha muzyki, patrzy w okno. Czas zabija się rozmową: a skąd, a po co, a pogoda, a rodzina, a może ciasteczko? nie? to może wody? Tutaj ludzie z dziecięcą łatwością nawiązują kontakty, czuję się, jak w drodze na kolonie. Ostatnio spędziłam 15 godzin w drodze do Sarajewa z młodą muzułmanką. Pod jednym kocem, bo ona, weteranka tej trasy, była lepiej przygotowana, niż ja. To już siódmy raz jak tak jedzie, więc się nauczyła, że pod płaszczem nie da się wyspać. Po co tak często? A, bo w kwietniu wyszła za mąż w Sarajewie. Właśnie była u swojej wsi na Bajram, odpowiednik chrzescijańskiego Bożego Narodzenia, a teraz jedzie do rodziny męża. On przyjedzie za trzy tygodnie i razem pojadą do Strasburga. Jej rodzice chcieli, żeby została jeszcze, ale mąż powiedział, że chce, żeby spędziła trochę czasu u jego matki. A ona woli słuchać jego, źle jest, jeśli ktoś ci się miesza w małżeństwo. Jak wychodziła za mąż, to tylko jej matka wiedziała, że ma chłopaka w Sarajewie, innym - rodzinie, przyjaciółkom, nie powiedziała ani słowa. Matka rozmawiała z nim na skajpie, i stwierdzila, że jej się podoba. Zdanie innych jej nie było potrzebne, jakby reszta zaczęla gadać, wszystko by zepsuli. Więc zdecydowała się uciec. Nie, to nic dziwnego, połowa dziewczyn u nich tak robi! Znaczy, czasami chłopak przychodzi do rodziców się oświadczyć, a czasami dziewczyna ucieka do jego domu i oznajmia swoim, że sie zareczaja. Tradycja, ot co. Ona uciekła, i dopiero po przejechaniu granicy z Serbią zadzwoniła do brata. Rodzina nie miala wyboru, i w koncu sie zgodzila. I juz osiem miesiecy sa po slubie! Tylko na razie nie mogli mieszkac razem, bo on ma prace i mieszkanie w Strasburgu, a ona dopiero teraz dostanie papiery. Francja! Ze ja tak daleko rzuci, w zyciu by nie pomyslala! Miala francuski w liceum, ale niczego sie nie nauczyla, bralo ja na wymioty od samego dzwieku jezyka. Ale z NIM wszystko bedzie wspaniale, nawet francuski, nie ma watpliwosci. Czy Francja to bardzo daleko od Polski? Bo może mogłabym ją odwiedzić?

 

Oprocz autobusow sa jeszcze pociagi. Rozklad dla calego kraju, lacznie z polaczeniami miedzynarodowymi, ma jakies 25 pozycji , i drukowany jest tylko w wersji dla Skopje (jedna kartka- odjazdy, druga- przyjazdy), wiec swojej stacji trzeba szukac napisanej malym druczkiem w rubryce "przez". Obowiazuje nomenklatura z czasow kwitnacej Jugoslawii. Veles jest wiec Titov Veles, a pociag do Prisztiny jedzie na Kosovo Pole. To drugie nie jest zreszta tak zupelnie pozbawione sensu, bo dworzec kolejowy stolicy Kosowa rzeczywiscie polozony jest poza miastem, w okolicach miejsca slynnej sredniowiecznej bitwy.

Pociagi sa od autobusow zdecydowanie tansze (bilet powrotny na dana trase wychodzi zwykle taniej niz przejazd w jedna strone autobusem), ale i mniej pewne. Oczywiscie, pociag przyjedzie, i dojedzie na miejsce. Ale kiedy, to juz sam Bog raczy wiedziec. Czasami staje gdzies w srodku pola na pol godziny, godzine. Pociag do Bitoli, startujacy ze Skopje, juz na 50 kilometrowym odcinku do Veles potrafi miec olbrzymie spoznienie. Raz okazalo sie to zbawienne, gdy ze Scibiorem pomylilismy pociagi. Cos podjechalo 15 minut po tym, kiedy powinno wedlug rozkladu, a ze godzina wczesna i analityczne myslenie jeszcze wylaczone, to wsiedlismy i odjechalismy. Chwile pozniej konduktor uswiadomil nam, ze zamiast na poludniowy zachod jedziemy w kierunku granicy z Grecja. A na nastepnej stacji sie nie przesiadziemy, bo za Veles rozwidlaja sie tory. Ale cos sie da zrobic! Konduktor pobiegl do maszynisty,i zanim sie zorientowalismy co sie dzieje, pociag zatrzymal sie i wysadzil nas na obrzezach Veles, przy monastyrze. Zamowcie taksowke, to zdarzycie, 'bitolski' jest spozniony 45 minut - krzyknal za nami kierownik pociagu, i odjechal. Jak sie okazalo, nawet taksowka nie byla potrzebna, bo ktos z odwiedzajacych monastyr zgodzil sie nas zawiezc z powrotem na stacje. Pociagu, na nasze szczescie, jeszcze nie bylo, mimo ze zdazylo minac nawet owe 45 minut deklarowane przez zaloge poprzedniego. Bylismy chyba jedynymi pasazerami, ktorzy sie z tego cieszylii.

Podrozujac macedonskimi pociagami ucze sie wiec cierpliwosci i relatywnego podejscia do czasu, ale przede wszystkim szkole spostrzegawczosc. Bo to nie jest taka prosta sprawa, wysiasc po zmroku tam, gdzie sie chce! Stacje pojawiaja sie z nikad, slabo oswietlone, identyczne jak podrobki nike z bazaru na Szutce, z napisami ukrytymi zawsze gdzies tam po drugiej stronie, ktorej za nic nie mozna dojrzec ze swojego okna. Na to, by liczyc stacje, jest ich troche za duzo, pociag zatrzymuje sie doslownie przy kazdym drzewie, czasami oprocz budynku stacji w okolicy nie ma nic co przypominaloby ludzka siedzibe. A jednak wszyscy skads wiedza kiedy wysiadac, rzadko kto tak, jak ja od polowy drogi wierci sie, przylepia do okna i szuka znajomych znakow, patrzy na zegarek, liczy, a wreszcie poddaje sie i pyta, czy ktos moze wie za ile stacji Veles. Wiekszsoc po prostu w odpowiednim momencie podnosi sie, ubiera i wysiada, ba- wyrwana z drzemki czy lektury przez telefon od znajomego jest w stanie powieziec, ktora wies wlasnie mija. Magia, jak nic, az mnie zazdrosc bierze.

 

14:07, hladna_nes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2