Blog > Komentarze do wpisu
Sonet siodmy- Pociągi (i autobusy) pod niespecjalnym nadzorem

Czasami bywa, że i z Veles trzeba wyjechać. Do stolicy najczęściej, choć zdarza się i dalej, a nawet zupełnie daleko. Ale ważne nie tylko dokąd się jedzie, ważne też JAK.

 

W jakiekolwiek miejsce w Macedonii bezsamochodowcowi najłatwiej dojechać autobusem. Nawet jeśli nie ma tam przystanku, o ile tylko trasa przebiega przez cel naszej podróży, wystarczy kierowcę poprosić, żeby zatrzymał się 'o tu pod tym drzewem', i przystanek robi sie sam. Tam sama zasada działa w miejskich autobusach w Skopje. Tylko trzeba odpowiednio głośno załopotać w ten kawałek osłony nad drzwiami i krzyknąć 'Panie! Tutaj! Tylne otwórzcie!'. Dźwięk walenia laską czy pięścią o metal niesie się po całym autobusie, ale jeśli kierowcy mimo wszystko uda się go nie zauważyć i nie otworzy drzwi,z pomocą przyjdą współpasażerowie : 'Eeej! Kierowco! Tam ktoś krzyczy, że tylne!".

 

Firma autobusowa istnieje chyba w każdej większej wiosce, co sprawia, że rozkład jazdy to niezła sieczka, a kupno biletu w obie strony to poważna operacja logistyczna. Najdotkliwiej skutki rozdrobnienia komunikacji autobusowej odczuwa pani z okienka na dworcu w Veles. Veles jest ostatnim miastem na drodze do Skopje z południa i ze wschodu, co oznacza że przejeżdżają przez nie wszystkie autobusy jadące z połowy kraju do stolicy. Poza tym, jako że wielu veleszan pracuje albo studiuje w Skopje, kursuje sporo autobusów obsługujących tylko 50 kilometrową trasę między tymi dwoma miastami. Jak to wszystko zsumować, okaże że między 7 a 19 co 15 minut jest jakieś połączenie Veles- Skopje. Jakieś, ale kto wie jakie? Niby ma być Ekspres Strumica, ale co jeśli się spóźni i pierwszy przyjedzie Bitola Trans albo ten prywatny mały biały busik? Pani w okienku w napięciu czeka więc, aż pojazd wjedzie na stację. W równych rządkach układa przed sobą bloczki biletów różnych firm. Te małe kolorowe to Galeb Ohrid, a te duże Autotrans Stip. Pod jej maleńkim okienkiem zbierają się powoli ludzie. Pani sprawdza długopis- działa. Rozgrzewa palce. Przegląda kasę: czy na pewno jest dużo drobnych? Jest, na szczęście. Uspokojona zamyka kasę, gdy ktoś nietutejszy podchodzi do okienka i prosi o bilet do Skopje. Co za absurdalna prośba! Niech poczeka chwilkę, co z tego, że każda firma kosztuje tyle samo: 100MKD. Nie po to do ceny doliczane jest 10MKD za "usługę stacyjną", żeby bilety były wystawiane tak o, bezmyślnie i nieprofesjonalnie, na byle jakim druczku, żeby potem pasażer przychodził zwracać, wymieniać, Bóg wie co. Ale w końcu jest! Radovis Ekspres! Tłumek pod okienkiem błyskawicznie zmienia się w kolejkę, pani energicznie otwiera okienko, chwyta stosowny bloczek i zaczyna wypisywać bilety, przyjmować pieniądze, wydawać resztę. Kierowca zawsze się niecierpliwi i marudzi, ale czeka na wszystkich, business is business. W kilka minut później pasażerowie, zaopatrzeni w kolorowe karteczki poświadczające, że zapłacili stosowną sumę z podróż z Ve do S (na pełne nazwy szkoda czasu), są już w drodze, a pani kasjerka koi zszarpane nerwy kolejnym kubkiem herbaty. Chociaż na kwadrans ma spokój.

 

Lubię atmosferę macedońskich autobusów, szczególnie dalekobieżnych. Niewielu pasażerów w drodze czyta, słucha muzyki, patrzy w okno. Czas zabija się rozmową: a skąd, a po co, a pogoda, a rodzina, a może ciasteczko? nie? to może wody? Tutaj ludzie z dziecięcą łatwością nawiązują kontakty, czuję się, jak w drodze na kolonie. Ostatnio spędziłam 15 godzin w drodze do Sarajewa z młodą muzułmanką. Pod jednym kocem, bo ona, weteranka tej trasy, była lepiej przygotowana, niż ja. To już siódmy raz jak tak jedzie, więc się nauczyła, że pod płaszczem nie da się wyspać. Po co tak często? A, bo w kwietniu wyszła za mąż w Sarajewie. Właśnie była u swojej wsi na Bajram, odpowiednik chrzescijańskiego Bożego Narodzenia, a teraz jedzie do rodziny męża. On przyjedzie za trzy tygodnie i razem pojadą do Strasburga. Jej rodzice chcieli, żeby została jeszcze, ale mąż powiedział, że chce, żeby spędziła trochę czasu u jego matki. A ona woli słuchać jego, źle jest, jeśli ktoś ci się miesza w małżeństwo. Jak wychodziła za mąż, to tylko jej matka wiedziała, że ma chłopaka w Sarajewie, innym - rodzinie, przyjaciółkom, nie powiedziała ani słowa. Matka rozmawiała z nim na skajpie, i stwierdzila, że jej się podoba. Zdanie innych jej nie było potrzebne, jakby reszta zaczęla gadać, wszystko by zepsuli. Więc zdecydowała się uciec. Nie, to nic dziwnego, połowa dziewczyn u nich tak robi! Znaczy, czasami chłopak przychodzi do rodziców się oświadczyć, a czasami dziewczyna ucieka do jego domu i oznajmia swoim, że sie zareczaja. Tradycja, ot co. Ona uciekła, i dopiero po przejechaniu granicy z Serbią zadzwoniła do brata. Rodzina nie miala wyboru, i w koncu sie zgodzila. I juz osiem miesiecy sa po slubie! Tylko na razie nie mogli mieszkac razem, bo on ma prace i mieszkanie w Strasburgu, a ona dopiero teraz dostanie papiery. Francja! Ze ja tak daleko rzuci, w zyciu by nie pomyslala! Miala francuski w liceum, ale niczego sie nie nauczyla, bralo ja na wymioty od samego dzwieku jezyka. Ale z NIM wszystko bedzie wspaniale, nawet francuski, nie ma watpliwosci. Czy Francja to bardzo daleko od Polski? Bo może mogłabym ją odwiedzić?

 

Oprocz autobusow sa jeszcze pociagi. Rozklad dla calego kraju, lacznie z polaczeniami miedzynarodowymi, ma jakies 25 pozycji , i drukowany jest tylko w wersji dla Skopje (jedna kartka- odjazdy, druga- przyjazdy), wiec swojej stacji trzeba szukac napisanej malym druczkiem w rubryce "przez". Obowiazuje nomenklatura z czasow kwitnacej Jugoslawii. Veles jest wiec Titov Veles, a pociag do Prisztiny jedzie na Kosovo Pole. To drugie nie jest zreszta tak zupelnie pozbawione sensu, bo dworzec kolejowy stolicy Kosowa rzeczywiscie polozony jest poza miastem, w okolicach miejsca slynnej sredniowiecznej bitwy.

Pociagi sa od autobusow zdecydowanie tansze (bilet powrotny na dana trase wychodzi zwykle taniej niz przejazd w jedna strone autobusem), ale i mniej pewne. Oczywiscie, pociag przyjedzie, i dojedzie na miejsce. Ale kiedy, to juz sam Bog raczy wiedziec. Czasami staje gdzies w srodku pola na pol godziny, godzine. Pociag do Bitoli, startujacy ze Skopje, juz na 50 kilometrowym odcinku do Veles potrafi miec olbrzymie spoznienie. Raz okazalo sie to zbawienne, gdy ze Scibiorem pomylilismy pociagi. Cos podjechalo 15 minut po tym, kiedy powinno wedlug rozkladu, a ze godzina wczesna i analityczne myslenie jeszcze wylaczone, to wsiedlismy i odjechalismy. Chwile pozniej konduktor uswiadomil nam, ze zamiast na poludniowy zachod jedziemy w kierunku granicy z Grecja. A na nastepnej stacji sie nie przesiadziemy, bo za Veles rozwidlaja sie tory. Ale cos sie da zrobic! Konduktor pobiegl do maszynisty,i zanim sie zorientowalismy co sie dzieje, pociag zatrzymal sie i wysadzil nas na obrzezach Veles, przy monastyrze. Zamowcie taksowke, to zdarzycie, 'bitolski' jest spozniony 45 minut - krzyknal za nami kierownik pociagu, i odjechal. Jak sie okazalo, nawet taksowka nie byla potrzebna, bo ktos z odwiedzajacych monastyr zgodzil sie nas zawiezc z powrotem na stacje. Pociagu, na nasze szczescie, jeszcze nie bylo, mimo ze zdazylo minac nawet owe 45 minut deklarowane przez zaloge poprzedniego. Bylismy chyba jedynymi pasazerami, ktorzy sie z tego cieszylii.

Podrozujac macedonskimi pociagami ucze sie wiec cierpliwosci i relatywnego podejscia do czasu, ale przede wszystkim szkole spostrzegawczosc. Bo to nie jest taka prosta sprawa, wysiasc po zmroku tam, gdzie sie chce! Stacje pojawiaja sie z nikad, slabo oswietlone, identyczne jak podrobki nike z bazaru na Szutce, z napisami ukrytymi zawsze gdzies tam po drugiej stronie, ktorej za nic nie mozna dojrzec ze swojego okna. Na to, by liczyc stacje, jest ich troche za duzo, pociag zatrzymuje sie doslownie przy kazdym drzewie, czasami oprocz budynku stacji w okolicy nie ma nic co przypominaloby ludzka siedzibe. A jednak wszyscy skads wiedza kiedy wysiadac, rzadko kto tak, jak ja od polowy drogi wierci sie, przylepia do okna i szuka znajomych znakow, patrzy na zegarek, liczy, a wreszcie poddaje sie i pyta, czy ktos moze wie za ile stacji Veles. Wiekszsoc po prostu w odpowiednim momencie podnosi sie, ubiera i wysiada, ba- wyrwana z drzemki czy lektury przez telefon od znajomego jest w stanie powieziec, ktora wies wlasnie mija. Magia, jak nic, az mnie zazdrosc bierze.

 

piątek, 18 grudnia 2009, hladna_nes

Polecane wpisy